wtorek, 16 października 2012

NA KOŃ



Jesienią bardziej niż kiedykolwiek brak mi starych przyjaciół których zostawiłam by móc spełnić marzenie o własnym domu. Takich przyjaciół „na śmierć i życie” z którymi odkrywało się świat i robiło największe durnoty aby poznać swoje możliwości i zdobyć nauczkę na przyszłość. Ani takich nauczek ani takich przyjaciół się nie zapomina. 
Tu gdzie mieszkam zdobywam nowe znajomości i rodzą się przyjaźnie coraz ciaśniej związane przez czas.  Przyjaźnie oczywiste a czasem dziwaczne.
Tak się sprawa ma z Bronkiem Koniarzem. Dzieli nas wszystko. Począwszy na
ilości zębów w paszczy kończąc na światopoglądzie o który nieustannie się spieramy. Przy Bronku wyłazi ze mnie miastowa ignorantka. Przy mnie zaś z Bronka wychodzi pewna specyficzna mądrość wiejska która przyprawia mnie o gęsią skórkę. I tak zaciekle rozprawiamy i ciągle przeciągamy racje na swoją stronę. Może właśnie to nas łączy , że każdy „wie lepiej”. 

Latem Bronek kupił ogromnego ogiera dla klaczek. Duma go rozpierała. Takiego ogiera nie ma nikt w okolicy. Umówiliśmy się na zdjęcia tego rozpłodowego okazu. Zawsze za zdjęcia Bronek przynosił mi jaja od swoich kur ale tym razem wymyślił, że w  podziękowaniu  wsadzi mnie na grzbiet
tej bestii bym mogła zobaczyć świat znad końskiej grzywy. Trochę zwlekałam z wizytą bo sen z oczu spędzał mi widok mnie samotnie galopującej na oklep do pierwszej lepszej klaczki wdzięczącej się do ogiera.
Gdy tygodnie zaczęły zmieniać się w miesiące a mnie dalej nie cieszyła wizja jazdy na tej maszynie rozpłodowej wzięłam się na sposób i przypedałowałam z moją męską połówką w dzień kiedy
Bronek był w pracy. Że też nie wpadłam na ten pomysł wcześniej – wyrzucałam sobie. Sąsiedzi wskazali nam kierunek w którym Bronek popędził konie i w ślad za końskimi kopytami ruszyliśmy na
poszukiwanie stada. Od razu przypomniały mi się książki o przygodach Tomka Sawyera. Rozradowani jak dzieciaki zmieniliśmy się w tropicieli dzikich rumaków w dżungli wiejskich szuwarów gubiąc przy okazji kilka razy trop. Kiedy dotarliśmy do błotnego przedsiąka pięknej łąki i przedarliśmy się nie bez problemów mocząc nogi w bulgoczącej mazi zobaczyliśmy konie. Ogiera tam nie było. Zachwycona pogodą i urodą klaczek przystąpiłam do zdjęć.


Zawsze z Bronkiem się spierałam aby nie wiązał koniom nóg na łące. Bronek wielokrotnie mi tłumaczył że i tak cholery biegają tak szybko, że ledwo może je połapać. Kręciłam głową z dezaprobatą i
niedowierzaniem bo przecież jak taki koń może biegać.
Kiedy weszłam na łąkę i zrobiłam kilka zdjęć dużym mamom i małym źrebaczkom konie zmierzyły mnie nieufnie i łubudu …. Zerwały się do szaleńczego biegu kierując się prosto w moją stronę.  Przez dwie sekundy z przerażeniem patrzyłam jak stado ze związanymi nogami galopuje jakby chciało mnie roznieść kopytami. Z dzikim wrzaskiem UCIEKAMYYYY!!!


rzuciłam się do biegu. Ja pobiegłam w stronę rzeki mając w oczach wizję skoku do wody, moja męska połówka  pognała w błoto ratować rowery a konie w ostatniej chwili skręciły i uciekły z łąki.
Na drżących nogach dojechaliśmy do domu by powiadomić Bronka, że jego stado pognało w popłochu Bóg raczy wiedzieć gdzie. Pełni poczucia winy po pewnym czasie przyjechaliśmy z powrotem by się przekonać czy czterokopytnie zguby znalazły się już bezpiecznie w zagrodzie.
Bronek już czekał. Ogier też. Ogromny, silny, wspaniale zbudowany. Wykonałam parę zdjęć i nogi się pode mną ugięły kiedy Bronek rzucił się by mnie podsadzić na lekko spocony grzbiet konia giganta.  Po przygodzie na łące miałam śmierć w oczach i to mało chwalebną.

Tym razem mi się upiekło bo i koń się znarowił i ja się dziko
opierałam. Jednak Bronek mi  nie odpuści, czeka aż przyniosę zdjęcia.
…… jakoś nie spieszy mi się z ich wywołaniem….. może poczekam aż
chociaż przejdzie koński okres godowy.

Bronek i jego ogier

filmik to 5 minut relaksu z okruchem lata  - zapraszam na moją wiochę

piątek, 28 września 2012

PRZEPIS BRONKA KONIARZA



Wieś ma swoje uroki, swoją beztroskę i proste szczęśliwe życie. Dopiero wgłębiając się w tą atmosferę i lepiej poznając miejscowych dostaniemy pełen obraz wsi który czasem bawi a czasem przeraża. Wiecie jaki jest wiejski sposób na to by mąż nie zdradzał żony? Zdradził mi ten sekret pewien nazwijmy go Bronek (zmieniam imię aby mnie na wsi nie wywieźli jak Jagnę na gnoju). 

Bronek pracuje w fabryce na 3 zmiany a po pracy jedzie do siebie na wieś gdzie ma gospodarkę a w niej stadko koni.  Bronek jest malutki, szczuplutki, zawsze wesoły i wszędzie węszy zdrady małżeńskie. Bronek oczywiście jest bardzo przeciwny wszelkim zdradom ale jego mania polega na tym że za każdym spotkaniem właśnie o tym temacie z lubością rozmawia. Bronek koniarz taki właśnie daliśmy mu przydomek jest kawalerem i specjalistą od zdrad małżeńskich. Ujawniając mi tajemnicę udanego małżeństwa zbliżał się do mnie tak, że przez jedną straszną chwilę myślałam że mnie pocałuje. Na szczęście aparat z długim obiektywem zwieszający mi się z szyi wyznaczał granicę bliskości. Zniosłam to wszystko, bo która by nie zniosła za taki przepis na udane życie małżeńskie.
A oto fachowa instrukcja jak postępować z mężczyzną aby nie zdradzał  z punktu widzenia Bronka koniarza (odtworzona jak najwierniej dla potomności): Jak mąż (koniecznie musi być mąż inny przypadek nie wchodzi w grę) ma ochotę wieczorem, to trzeba mu powiedzieć  że jest się baaardzo zmęczoną i nic z tego nie będzie. Ale rano to co innego. Rano to trzeba dać popracować mężowi same możemy nawet drzemać (według Bronka fakt drzemki nie ma znaczenia). I ten mąż tak musi intensywnie pracować żeby mu główka opadła w dół. ( tu Bronek obrzuca mnie czujnym spojrzeniem czy aby łapię o co chodzi w temacie. Łapię ale z kamienną miną bo najchętniej padłabym trupem ze śmiechu). Jak opadnie mu ta główka to do wieczora nie będzie jej podnosił żeby się rozglądać za innymi. 

Po tych zwierzeniach stwierdziłam, że jest bardzo późno i muszę lecieć. Na odchodne dostałam całusa w czółko .


W tedy chciałam zwiać jak najszybciej i najdalej od Bronka ale dziś Bronek kiedy zostaliśmy przyjaciółmi zawsze daje mi całusa w czółko i w szyjkę tłumacząc, że to tak jak małemu źrebaczkowi.

wtorek, 25 września 2012

PRZEPIS NA TANIE PŁYWANIE







Dziś Bella z bliźniakami przemówiła mi do rozsądku, że na bloga mogę wrzucać własne przepisy na spełnianie marzeń. Tak nawiasem to bella są bellabliźniaki ale jak patrzę na ich właścicielkę to wiem, że jest to Bella z bliźniakami nieziemsko pozytywnie zwariowanymi.  
Jestem osobą niezwykle nieutalentowaną manualnie. I to całkiem serio.  Kiedyś zapragnęłam  wyhaftować obrus. Wyhaftowałam – jedyny szkopuł polegał na tym, że od spodniej strony wszyłam go do spódnicy. I po obrusie. Pewnego razu doszłam do wniosku, że może  jednak wydziergam szalik.  Cóż to takiego – każdy potrafi.  Mój szalik był jedyny w swoim rodzaju. Na początku wąski  o oczkach tak ciasnych, że druty trzeszcząc o włóczkę ledwo przechodziły przez oczka dalej rozszerzał się tak bardzo, że można było w niego palec włożyć na przestrzał.
Przykładów mogę mnożyć wiele i tych komicznych i tych okropniejszych. I zamiast poświęcać się dalej robótkom ręcznym zaczęłam kombinować jak spełniać swoje marzenia mając  dwie lewe ręce.
Jednym z moich marzeń była woda w ogrodzie. Oczywiście musiałam zacząć kombinować jak zbudować basen  przy małych środkach finansowych.  Przeczesywałam  w mieście fontanny, baseny, oczka z rybami i kombinowałam. Dzwoniłam do „baseniarzy” którzy rzucali cenami tak zawrotnymi, że mogłam zapomnieć w trybie natychmiastowym o własnym lustrze wody.
Pewnego  słonecznego dnia kiedy siedziałam na poddaszu myśląc z z jakiego materiału wykonać nieckę spadło na mnie  jak grom z jasnego nieba objawienie – już wiedziałam z czego zrobię własny tani basen.  I zamierzałam  natychmiast się z tym podzielić. Moja radość była tak wielka, że zapomniałam użyć schodów do zejścia i zleciałam jak kłoda w dół odbijając się o drewniane stopnie. Jednak to nie było dla mnie przeszkodą i ku przerażeniu światków moich wyczynów  dopełzłam do mojej męskiej połówki, żeby wycharczeć – siatkobeton – zrobimy basen z siatkobetonu!!
Dziś już z większym spokojem i opanowaniem dzielę się przepisem na tanie pływanie.
   Najtańszym rozwiązaniem jest wykopana niecka wyłożona folią. Dobre rozwiązanie dla niezdecydowanych.
Dla tych zdecydowanych proponuję basen z siatkobetonu.
 Najlepsza byłaby siatka Rabitza. Do betonu dodajemy specyfiki by beton był odporny na mróz i nie pił jak ruski pułkownik. W dużym uproszczeniu wygląda to tak:
 Mąż, przyjaciel czy inny nieszczęśnik kopie nieckę – odpowiednio większą niż ostateczne wymiary. Następnie przytwierdza się siatkę do gruntu kotwami wykonanymi najlepiej przez tego samego nieszczęśnika. Dalszy etap to nakładanie betonu wysokiej jakości. I taką czynność powtarzamy jeszcze dwukrotnie.
 Aby nie spuszczać wody na zimę i nie wciskać smętnego wzroku w pustą nieckę a ślizgać się do woli po własnej ślizgawce nadajemy ścianom naszego basenu łagodne spadki . Jest to szczególnie ważne by basen był trwały i nie popękał gdy woda zmieni się w lód.
 Ponieważ mój basen był tani zamieniłam dwie pierwsze warstwy siatki Rabitza na dwie warstwy siatki z płotu sąsiada – za jego zgodą oczywiście .
 Basen po latach trzyma się świetnie. W tym roku zrobiliśmy mu mały lifting i pomalowaliśmy wstępnie gumą w płynie. Zobaczymy jak zachowa się po zimie i na wiosnę nadamy właściwy - grafitowy kolor. Teraz razi jasnością.
 Basen z siatkobetonu nawet gdy jest pusty nie zostanie wypchnięty przez wody gruntowe bo jest za ciężki. Dużą zaletą takiego basenu jest również to, że można go zrobić samemu bez wyspecjalizowanych drogich ekip. Minusem może być jego odczyn który jest kwaśny co chyba nie jest wskazane jeśli mają tam pływać rybki zamiast nas, syrenek zgrabnych i powabnych.
 A potem zostaje nam domek na pompę i filtry, kaskady, strumyki i co kto sobie wymarzy byleby szemrało coś przy popołudniowej kawce kiedy będziemy machać w wodzie nogami siedząc na brzegu własnej wody.



Gdy pada deszcz miło jest patrzeć jak krople uderzają o taflę wody a gdy wieje zimny wiatr trudno oderwać oczy od rozbujanej chluboczącej powierzchni. Również zimą jest frajda z wody gdy zamarznie i można się po niej poślizgać. Przy wodzie zawsze coś się dzieje.
 

Woda w ogrodzi wnosi życie. Migotanie załamanego światła po liściach drzew, ważki o tęczowych kolorach patrolujące ogród, żaby i ropuchy śpiewające wieczorem, ptaki przylatujące się napoić oraz plusk wody i śmiech przy konkursie skoków do wody w pełnym ubraniu.

wtorek, 12 czerwca 2012

II. Z CYKLU "WSIOWE AKTUALNOŚCI" Wiejska czarownica"


Kiedy usłyszałam pierwszy raz o wiejskiej czarownicy, aż mi z wrażenia dech zaparło. W dzisiejszych czasach spotkanie z czarownicą to jak przekroczenie progu średniowiecza. Choć na mojej wiosce nadal orze się pole koniem za którym podąża rolnik to nie mogę powiedzieć abyśmy byli aż tak zacofani. Tym bardziej podsycało to moją ciekawość, że nikt dokładnie nie mógł mi powiedzieć ani gdzie mieszka ani jak wygląda ta czarownica. Każdy podawał jakieś mętne opisy. Jedni twierdzili, że to czarownica inni, że dziwaczka i samotniczka. Widywana była na stawach szczególnie często kiedy nie można było spotkać na nich żywego ducha. Podobno błąkała się też po lasach zbaczając ze ścieżek i chodząc jedynie duktami zwierząt. Gdzie mieszkała? Niestety , nie na mojej wsi, ale ponoć niedaleko. Opisy drogi były tak zawiłe, że zaczęłam szukać jej domu na mapach satelitarnych. A co! Wykorzystałam cuda techniki do tropienia czarownic.

Niestety, na żadnych mapach nie istniało siedlisko w lesie. Byłam o krok od zaliczenia wiejskiej czarownicy do barwnych postaci ludowych zabobonów gdyby nie dziadek Anioł Stróż. Gdy się spotkaliśmy zaczęłam podpytywać.
Dziadkowi zawsze można wierzyć. Zna tutejszych ludzi jak nikt. Ale ona - jak powiedział - czarownica, nie była tutejsza. Czy jest czarownicą? Nie wiadomo. Ludzie gadają różne rzeczy ale kto by tego wszystkiego słuchał. Czy ją spotkał? Tak wiele razy. Jak krówki z wieczora sprowadza do obory to czasem widuje ją i zawsze się ukłoni. Złego słowa o niej powiedzieć nie może. Podobno miała kiedyś męża albo to narzeczony był, on tego nie wie. Zginął albo odszedł, została sama i sprowadziła się w nasze okolice. Kto wie może uciekła od niego? Nie pierwsza i nie ostatnia. Mieszka na odludziu, trudno trafić. Jak wygląda? Właściwie mogłybyście być siostrami. Obie nie jesteście tęgie i obie jasnowłose. Ona trochę starsza jest ale z daleka trudno was odróżnić.
Słowa dziadka odarły mój obraz czarownicy z długich spódnic, czarnych loków i zapachów ziół. Czarownica, która wygląda tak jak ja..... ogarnął mnie pusty śmiech na myśl o biedakach, którzy widząc mnie chadzającą w strugach deszczu po stawach spluwali za lewe ramię myśląc, że mają przed sobą przedstawicielkę czarnej wiejskiej magii.
W tedy jeszcze nie przypuszczałam jak pokrętny bywa los i splata ze sobą ludzkie ścieżki.
Po różnych perypetiach ja i czarownica zostałyśmy przyjaciółkami.


Jeśli Judyta jest czarownicą to bardzo nowoczesną. Do dziś twierdziłam, że czarownicą wcale nie jest. Bo czary istnieją w książkach i filmach ale nie w dobie internetu i kawy z ekspresu . Taka kobieta jak ona z wykształceniem , którego sama mogę pozazdrościć może by i kiedyś spłonęła na stosie za zamiłowanie do natury, fizyki i za same poglądy, które wprawiają mnie w zdumienie. Ale jak to na naukowca przystało jest trochę szalona i za to ją lubię najbardziej.

Gdy dotarłam do niej na rowerze kompletnie zziajana spojrzała na mnie krzywo mówiąc, że jeżdżę jakbym miała za mało czasu na życie.
 Na nic nie pomogły tłumaczenia, że praca, obowiązki, rwanie chwastów w ogrodzie i słodkie lenistwo przed komputerem. Judyta wgryzła się we mnie wzrokiem. Ona przecież też pracuje i obowiązków ma nie mniej a to co nas różni to to, że ona nie siedzi bezmyślnie przed monitorem i na wszystko ma czas.

Musiałam przyznać jej rację . Co fakt to fakt, można przebimbać życie patrząc się cielęcym wzrokiem w monitor wirtualnego świata. Poczułam chęć zmian. Judyta podchwyciła mój wzniosły nastrój i kazała wrzasnąć na całą chałupę, że nie będę już siedzieć bez potrzeby przed komputerem.
Poczułam się jak wariat i dusząc się ze śmiechu wykrzyczałam co chciała Justyna.

    Kiedy wróciłam do domu naładowana radością i nasycona lasem usiadłam przed laptopem... otworzyłam go, włączyłam i ......... koniec laptopa, koniec internetu w domu. Poszedł cały system. I tak sobie pomyślałam na psa urok z tym laptopem! Teraz już wiem, że na pewno dotrzymam przyrzeczenia. Na wszelki wypadek splunęłam za lewe ramię.






    Wszystkich chętnych zapraszam na spacer po mojej wiosennej wiosce. Moja męska połówka serca uczy się kręcić filmy i to jest pierwszy odcinek :). Proponuję włączyć głośniki bo muzyka Laury Sullivan, która leci w tle uwodzi i jest rozbrajająco cudowna.


sobota, 12 maja 2012

4. BUJAJ SIĘ, BUJAJ!!



Czuliśmy, że jesteśmy szczęściarzami. Ale to szczęście wyglądało inaczej niż to, którego się spodziewaliśmy.
Minęło trochę czasu i nie znaleźliśmy miejsca na swoje wymarzone gniazdko. Posępnieliśmy z dnia na dzień.
Lato zaczynało przemijać. Bociany zbierały się w sejmiki by wspólnie ucztować przy stole zasłanym żabami. Po twarzy łaskotały nas długie nitki babiego lata a rosa na trawach moczyła buty.


Tego dnia przyjechaliśmy na stawy gdy słońce kładło się długimi promieniami na wodzie, a wieczorne cienie drzew kryły w sobie tysiące komarów czekających na zmierzch.
Chcieliśmy zobaczyć jedynie zachód słońca i spokojnie pomyśleć co dalej.
Już mieliśmy oddać się błogiej nostalgii gdy zza krzaków wyłoniły się trzy wielkie, łaciate krowy. Zawsze czułam respekt do swojskich, rodzimych krasul. Bijąca z oczu łagodność stworzeń nie była w stanie pokonać obaw jakie wzbudzałynwe mnie rozmiary krów i ich cztery kopytka oraz para rogów.  Zerwałam się na równe nogi .


- Stóóój, stóóój – zakrzykną idący za krowami niepozorny staruszek,
- muuuuuu -odpowiedziała mu jedna z okazałych krasul.


- Dobry wieczór zakrzyknął do nas dziadek.
- Dobry wieczór – zgodnie odkrzyknęliśmy.

Hordy ptaków zerwały się z pobliskich krzewów ćwicząc skrzydła przed odlotem. Jazgot tysiąca dziobów i gardeł zagłuszył wszystkie powitalne słowa. Dziadek z uśmiechem wskazał na czarną skrzydlatą chmurę

- Jesień idzie – wrzasną a my pokiwaliśmy głowami czekając, aż ptaki obsiądą pobliskie drzewko, które niebezpiecznie ruszało się pod ich ciężarem.
- I tak nadchodzi kolejna jesień i kolejna zima i zanim człowiek się obejrzy przygniata go kolejny krzyżyk.- westchnął dziadek a jego oczy powędrowały daleko za horyzont pełen wody. Spojrzeliśmy za nim w dal.Melancholia w sercu nam zagrała. I pewnie byśmy się w niej utopili gdyby nie wielki uśmiech dziadka ukazujący mocno już zużyty komplet zębów i parę błękitnych wesołych oczu.
- Dopóki człowiek przebiera nogami i rusza rękami to nie powinien się nigdy smucić.





Ja mam tu krówki a w stajni konika. Zawsze jest co robić. Wszystko to dla dzieci. Mleko się sprzeda, konikiem pole zaorze. Kurki jajka zniosą i żyje się. Niczego nie brakuje.

Jak byłem młody to pracować chodziliśmy do hrabiego. O! Wszystko co tu widzicie było jego. I pola i łąki a nawet lasy. Po kwit się chodziło by nazbierać jagód. A więcej niż na kwicie pisało zebrać nie można było bo sprawdzano i zabierano wszystko. Te stawy – wskazał ręką
szeroki okrąg – to też hrabiowskie. Hrabia założył hodowle. Groble my sami sypali bo tu nic  nie było. Wiele osób pracę miało.... - westchnął -  Ale panien z okolicy to nikt nie chciał. Mogła być ładna, taka co oka nie można oderwać i żaden w żeniaczkę do niej nie poszedł. Bo biedna - ot co! Gospodarstw innych niż hrabiowskich tu nie było. Żadna ziemi nie miała to matki chłopaków pilnowały aby do dziewczyny z okolic nie przychodzili. Tak kiedyś było.
A jak były zabawy to dziewczęta szły na bosaka, buty w rękach nosiły bo szkoda było zakładać. Dopiero o właśnie tutaj w rzece się myły i trzewiki zakładały.
Słuchaliśmy jak urzeczeni. Tyle razy tu przyjeżdżaliśmy i nie mieliśmy pojęcia jakie historje kryją  stawy, lasy i łąki. Jakie splątane są losy i pamięć ludzka, która wiąże los człowieka z ziemią.

Dziadek przyglądał się nam uważnie. Widać przypadliśmy mu do gustu  bo z jego twarzy dawno zniknęła cała rezerwa przeznaczona dla obcych wyłaniających się z szuwarów. My dziadka też z miejsca pokochaliśmy za jego optymizm i za uśmiech,  jawił się nam niczym Anioł Stróż. W tej chwili uosabiał dla nas całą społeczność wiejską w promieniu kilku kilometrów.

Zwierzyliśmy się dziadkowi z planów zamieszkania w tej pięknej, hrabiowskiej wsi. Częściowo liczyliśmy na jego akceptację a częściowo na to, że będzie nieocenionym źródłem wiadomości lokalnych i wskaże nam kierunek poszukiwań przyszłego domu.
Spotkanie to okazało się dla nas darem od losu . Dziadek Anioł Stróż - bo tak zaczęliśmy go nazywać wziął nas pod swoje opiekuńcze skrzydła i poprowadził tam gdzie dotąd nie stanęła jeszcze nasza stopa.
-Zaraz coś wymyślimy – stwierdził – szukacie starego domu do
remontu, tak?
- Tak- szybko pokiwaliśmy głowami. Szukaliśmy domu z historią i duszą. Starego bo zakochaliśmy się w małych kamiennych domostwach zamieszkanych od stuleci a do remontu to dlatego, że na nic innego nas stać nie było. Byliśmy optymistami. Nam wystarczyły cztery ściany i dach, który nie przeciekał. Resztę mogliśmy zrobić sami.
- No to chodźcie za mną.- dziadek wskazał odległy  kraniec stawów- zaprowadzę krowy i pokażę wam Mietkowy dom. Jest stary i sam Mieciu się w nim wychował. Budował go jeszcze jego ojciec.

Nagły zwrot akcji przywrócił nam krążenie w ciele. Emocje i nadzieja rozsadzały głowy. Czuliśmy się naprawdę szczęśliwi.

- Gotowi? – dziadek spojrzał na nas bystro
- Gotowi! – odpowiedzieliśmy chórem
- No to - zakrzyknął do krów - bujaj się bujaj do łobory !!!

Dziadkowe krowy usłyszawszy komędę bujaj się bujaj w jednej chwili zmieniły się w żwawe muczące bestje sprawnie przeskakujące rowy i strumienie .

A za krowami i za dziadkiem ledwo nadążając i ślizgając się w błocie gnaliśmy i my. Brakowało nam tchu ze śmiechu gdy  skakaliśmy jak łanie w miejskich bucikach pokrzykując wraz z dziadkiem „bujaj się bujaj”, „do łobory się bujaj” !.

.

wtorek, 1 maja 2012

I. Z CYKLU "WSIOWE AKTUALNOŚCI" Rumaki dwukołowe i czterokopytne


Korzystając z tak pięknej pogody i obezwładniającego słońca wyciągnęłam mój rower spod wiaty by oddać się największej przyjemności jaką jest wiatr we włosach targanych na leśnych i polnych ścieżkach.

Skierowałam się wprost do parku hrabiego założonego w stylu angielskim. Park ten pozostał dziki do dziś i to cud że nadal jest ukryty przed wzrokiem setek ludzi. Przecinają go rozliczne zabytkowe rowy melioracyjne, tu i ówdzie napotykam małe oczka wodne i piękną rzeczkę, która daje życie wielu zwierzętom. Jadąc rowerem jestem pewna, że nie ma tu nikogo. Nad głową szumią mi stare dęby i zabójczo pachnie czeremcha. Czy to nie ciekawe, że czeremcha zwana jest u mnie na wsi pocipa? Zwalniam się by dobrze się jej przyjrzeć. Pocipa, pocipa…. Białe kwiaty zebrane w grona bardziej przypominają falliczny kształt. Skąd te porównanie? Zagadka nie do rozwiązania, no chyba, że zbiorę się na odwagę i popytam najstarszych we wsi.
Jadę dalej zmieniając zapach czeremchy na intensywną woń szpilek sosnowych. Zatrzymuję się na zdjęcia i ujarzmiam obraz i wrażenia na kilku milionach pikseli. Aparat ciąży mi w ręce. Dwa kilogramy metalowego szczęścia ze szklanymi soczewkami wyrabiają we mnie rękę tenisisty. Ja wszystko muszę mieć stalowe, solidne i „sanoodporne”. Taki mój urok. Jeśli coś da się zepsuć ta ja to zepsuję i to szybciej niż producent przewiduje. Tak więc jeśli aparat to z metalową obudową jeśli rower to taki żeby pedał ani kierownica nie miała prawa odpaść podczas jazdy po wydmach i w lesie.


Z rozmyślań o sanoodpornych przedmiotach wyrwało mnie wrażenie, że mój rumak na dwóch kółkach sprawia wrażenie zaniepokojonego. Wzmogłam czujność. Coś było nie tak. Chciałam przyhamować by dokładniej przyjrzeć się rowerowi lecz nie znalazłam hamulców w miejscu w którym zawsze się znajdowały. Osłupiała zaryłam nogami tracąc prędkość i ze zdziwieniem stwierdziłam że owszem hamulce są ale po wewnętrznej stronie kierownicy.
Jak można było przewidzieć jechałam z kierownicą odwróconą o 180 stopni. Pobłogosławiłam w duchu sanoodporny rower, który jeździł bez względu na kierunek wywiniętej kierownicy i skierowałam się w stronę stawów.
Nie minęły minuty jak z za zakrętu wyłoniły się dwa piękne osiodłane i przerażone rumaki. Jeźdźców nie było a konie pędziły wprost na mnie. Uskoczyłam do rowu śledząc je wzrokiem, aż upewniłam się pędzą w stronę stadniny. Jeźdźcy  musieli zostać zrzuceni . Z bijącym sercem uświadomiłam sobie, że sama będę musiała ich szukać.Ale gdzie? Teren jest ogromny a w pobliżu nie ma nikogo do pomocy. Przed oczami przemknęły mi wizje połamanych rąk i nóg.



 W myślach zrobiłam przegląd wiadomości z udzielenia pierwszej pomocy i ruszyłam na poszukiwanie jeźdźców . Tak, tak te rumaki czterokopytnie na pewno nie byłyby sanoodporne. Jak oszalała pędziłam po groblach między stawami szukając żywej duszy i nic. Liczyłam minuty od możliwego upadki i wiedziałam, że może zostać mi coraz mniej czasu by ich całych odnaleźdź. Żar miażdżył mi czaszkę, piach pod kołami utrudniał poruszanie i jazdę zamieniał w mękę. W pewnym momencie zlana potem z przekrwionymi oczami zarejestrowałam ruch na końcu ostatniego stawu. Jakieś dwa czarne bliżej nieokreślone kształty chwiejnym ruchem przemieszczały się wzdłuż brzegu. Na trzęsących się nogach resztkami sił popędziłam tam moim dwukołowym rumakiem i znalazłam ! Chłopak z drobną dziewczyną kuśtykając podtrzymywali się nawzajem. Byli poturbowani, diabelnie brudni ale przynajmniej niepołamani. Sądząc po ich smoliście czarnych twarzach i rękach wpadli na wypalane skarpy grobli.


Poczułam ulgę. Jeźdźcy też kiedy dowiedzieli się , że konie wróciły do stadniny.
Świat od razu mi pojaśniał i znów lekkość wróciła do serca. Żadnej krwi, żadnych kości na wierzchu tylko śpiew ptaków, słonko i czasem pojękiwanie potłuczonego jeźdźca.





środa, 25 kwietnia 2012

3. Czasowe gniazdka



Odkąd pożegnaliśmy się z widokami zamków, pałaców, dworów, kamiennych domów zakopanych wśród gór i pofalowanych łąk Dolnego Śląska w naszym sercu powstała wielka, ziejąca dziura. Rozglądając się po tym płaskim jak patelnia terenie boleśnie czuliśmy brak piękna do jakiego na co dzień przywykliśmy. Targała nami gorycz i samotność. Oddzieliliśmy się od przyjaciół 500 kilometrową przestrzenią, którą można było pokonać męczącymi drogami w osiem godzin wytężonej jazdy.
Tęskniliśmy. Ale taka była cena naszej samodzielności i mimo wszystko byliśmy gotowi płacić ją
W nowym miejscu gdzie ludzie rzadko patrzą sobie w oczy wynajmowaliśmy gniazda na czas określony. Żyliśmy jak wygnańcy usiłujący zdusić swoją osobowość aby dostosować się do coraz bardziej dziwacznych wymagań gospodarzy. Zawsze wynajmowaliśmy tylko pokój bo tak było taniej. Ale wraz z pokojem nieuchronnie wynajmowaliśmy czujne oko gospodarza. Za każdym razem byliśmy zdumieni widząc niewiarygodne wyczyny właścicieli wynajmujących gniazda.
Choć wszyscy właściciele gniazd byli ludźmi dobrymi, to jednak tak zbzikowanymi ,że mieszkanie z nimi pod jednym dachem było nie lada wyzwaniem. Mogę również przypuszczać, że do tego stanu rzeczy musiały ich doprowadzić niezliczone rzesze najemców, które wywracały świat do góry nogami pozostawiając po sobie zgliszcza jak po tornadzie.

Obecnie byliśmy świeżo po przeprowadzce i Pani Domu Halina, która łaskawie wynajęła nam pokój za cenę od której nasz portfel dostawał ciężkich skórczów zaczynała odkrywać przed nami swoje mroczne oblicze .
Poprzednio mieszkaliśmy u Olwirki. Tak ją wszyscy nazywali przez jej narzeczonego Holendra który nie był w stanie poprawnie wymówić imienia. Olwirka była Panią domu, a właściwie wielkiego domiska popadającego w ruinę. Budynek wymagał generalnego remontu. Zimą niedogrzewany błyskawicznie wszedł w objęcia grzybów i wilgotnej pleśni zasiedlającej mury. Olwirkę nie stać było na remont a wynajmowanie tej ruiny zapewniało skromne utrzymanie. My mieszkaliśmy na parterze a Olwirka z Holendrem na piętrze. Pokój mieliśmy dość obszerny z oknem o jednej szybie dygoczącej przy najlżejszym podmuchu wiatru. W pokoju znajdowało się wąskie jednoosobowe łóżko na którym sypialiśmy spasowani na łyżeczkę.
Łóżko okazało się za krótkie dla dwumetrowego faceta więc przysunęliśmy krzesło na którym moja męska połówka mogła swobodnie położyć wystające nogi. Za kuchnię służyła nam butla z palnikiem, za szafę zdobyczne kartony ze spożywczaka.
Ciekawym elementem naszego życia była łazienka. Pomieszczenie to o wymiarach metr na metr wyposażone było w muszlę toaletową. Siadając na ten relikt, który przeżył nie jedno pokolenie obcierało się kolana o przeciwległą ścianę. Za prysznic służyła podwieszona u sufitu rura z której lały się strumienie zawsze zimnej wody. Fenomen tej łazienki polegał na tym, że była ona kabiną prysznicową z wewnątrz umieszczoną ubikacją. Właściwie siedząc na toalecie można było z powodzeniem wziąć prysznic.
W pakiecie wyposażenia pokoju znajdował się ów Holender, narzeczony Olwirki. Był niezwykle sympatycznym i wiecznie uśmiechniętym czterdziestoletnim dzieciakiem, który uwielbiał rozpłaszczać nos na szybie okna naszego pokoju i przyglądać się nam godzinami zza szklanej tafli .
Zimą u Olwirki było tak zimno i wilgotno, że zarzucaliśmy na siebie wszystkie swetry i koce próbując się rozgrzać. Lato jednak wynagradzało ciężką zimę. Słońce zalewało pokój a las był o dwa kroki od ogrodu.
Las był naszym drugim domem. Przemierzaliśmy go niezliczone razy przynosząc ze sobą jagody grzyby i kleszcze. Co dzień malowaliśmy patykami na piaszczystej drodze chatkę jaką kiedyś będziemy mieć. Taki domek z kominem dymkiem słoneczkiem i chmurką. Obok domku obowiązkowo rosło drzewko.
Gdy przyszła jesień i wstawiliśmy nowy kit do okna aby szyba się trzymała framug chłód i wilgoć zwaliły mnie z nóg a płuca odmówiły posłuszeństwa. Nie było innej rady jak opuścić Olwirkę i rozpłaszczonego na szybie Holendra by spędzić zimę w lepszych warunkach.
Mieszkając u Haliny dla odmiany łazienkę mieliśmy w kuchni na parterze a pokój na drugim piętrze. Prawdziwe życie dla Haliny i sens jej istnienia to był dom i kościół. Wraz z mężem poświęcili całą młodość by wybudować dla siebie i dwójki dzieci dwupiętrowy dom kostkę. Nie były to łatwe lata budowy bo i materiałów nie było a za pracę płaciło się własnym zdrowiem.
Halina codziennie po pracy poddawała się swojej najprzyjemniejszej czynności czyli sprzątaniu każdego kąta i kontroli każdego drobiazgu mogącego zakłócić jej ustalony od lat spokój i rytm życia. Dla tak skrzętnej pani domu nie miało znaczenia czy kontrolowała rewir swojej sypialni czy pokój , który właśnie nam wynajęła. Gdy przed wyjściem do pracy przepaliła się nam żarówka w nocnej lampce to mogliśmy mieć pewność, że po naszym powrocie będzie wkręcona nowiutka. Na początku zachodziliśmy w głowę jak to możliwe, przecież nie zdążyliśmy jej o tym powiedzieć. Ale stopniowo odkrywaliśmy tajemnice Haliny, która co dzień zaglądała pod dywan, zapalała wszystkie światła, sprawdzała czy ciuchy w szafie mamy poukładane i kręciła głową z dezaprobaty widząc spontaniczny porządek tu i ówdzie bądź drobinę kurzu na parapecie.
Od momentu kiedy odkryliśmy stawy i zakochaliśmy się w nich bez pamięci Halina zaczęła podejrzewać , że coś zmieniło się w naszym życiu. Zawsze czujna zauważyła natychmiast ,że albo chodzimy rozmarzeni i nieobecni albo nienormalnie uradowani. Pewnego dnia gdy przyszliśmy z pracy i zrzuciliśmy z siebie torby, torebki, marynarki i spinki do włosów zastaliśmy na stole broszurkę, którą pozostawiła dla nas Halina. Wzięłam do ręki plik kartek ułożonych skrzętnie w małą książeczkę , przeczytałam kilka słów i osłupiałam. To były ulotki o przeciwdziałaniu narkomanii. Zwariowana Halina doszła do wniosku, że jesteśmy na haju.
Choć w pierwszej chwili ogarnęło nas głębokie zdumienie to potem śmialiśmy się do nocy. Tak, byliśmy na haju, który miał nas doprowadzić do własnego gniazda.